Kilka fotek z wrześniowego wesela. Niestety kiepska jakość (komórka)..
Kolejne i w dodatku bardzo udane wesele! Zarówno gospodarze jak i goście (starsi i młodsi) byli naprawdę zadowoleni. I o to właśnie chodzi, żeby starsze pokolenie bawiło się równie dobrze jak młodsze. Powiedział bym nawet,że to jest kluczowa sprawa! Zazwyczaj to starzy wszystko organizują, płacą, oceniają, wydają opinię i polecają innym. Trzeba wziąć pod uwagę nawet tych po 70-ce. Młodsi (<30) potrafią się bawić przy prawie wszystkim. Od czasu do czasu można trochę przyspieszyć tempo, aż “pierniki” wymiękną i pociągnąć to chwilę wplatając jakieś hity dla młodszych. W tym czasie starsi odpoczną. Pod koniec imprezy zostają zazwyczaj głównie młodzi i wtedy można pograć trochę po nich. To wszystko tyczy się oczywiście nie tylko wesel ale każdych imprez okazjonalnych, na których są starsze osoby (urodziny, bankiety, sylwester, itp…).
Wracając do wesela to tak jak mówiłem było fajnie. Grałem z Midakiem. Wkręciliśmy się nawet nieźle w rolę wodzirejów… Sam się tego po sobie nie spodziewałem :). Start 18:00, koniec ok 3:30, w domu 5:45 (trochę było tego sprzętu…).
Tego dnia w Opium zrobiło się czarno za sprawą grubej imprezki na górnym densflorze :-). Tłumy na parkiecie i stoły uginające się od tańczących lasek, a na dole… pusto. Dosyć dziwna, ale przyjemna sytuacja zwłaszcza dlatego, że na górze grałem ja :P no i Mido. Oby więcej takich imprez! Nie wiem o której się skończyło bo zawinąłem się po 2:00… Jednym słowem - wypas!
Wczoraj zagrałem sobie imprezkę w klubie Styropian na bemowie. Wakacje, więc ludzi nie było zbyt dużo. Muzyka z lat ‘80, ‘90 i współczesne (komercja :/). Oczywiście w związku z tym, ze Madonna grała “za płotem” to też jej utworów nie zabrakło i u nas… :). Zaczęło się o 21:00, skończyło o 3:00. Nic nadzwyczajnego ale generalnie było OK.
A propos niedawnego wesela - kolor mixera pięknie pasuje do obrusa :-)
Już dawno nigdzie nie grałem a tu nagle spora imprezka. Moje pierwsze wesele. Zawsze byłem do wesel uprzedzony, ale po tej nocy zmieniłem trochę swoją opinię. Było bardzo fajnie i “na poziomie”. Żadni nawaleni goście nie przychodzili do mnie z pretensjami; w ogóle miałem wrażenie, że wszyscy byli prawie trzeźwi. Start 15:00, koniec kilka minut po 23:00. Wesela (i ogólnie imprezy okazjonalne) to nie jest mój szczyt marzeń, ale można na tym przyzwoicie zarobić…
Później skoczyłem jeszcze oddać trochę sprzętu, posiedziałem w Opium i ok 3:00 wróciłem do domu. Weekendowe lenistwo jest fajne, ale chyba jednak warto wrócić do świata imprez (:
Ta notatka jest zdecydowanie opóźniona :-). Tamtego dnia mój znajomy Mariusz W. skończył 30 lat. Z tej okazji odbyła się spora impreza (jakieś 50-70 osób) w klubie Alternatywa Cafe. Nie nudziłem się zbytnio, bo wiele z tych osób znałem. Sam lokal całkiem przyjemny, dobry do tego typu imprez. Niezłe nagłośnienie i oświetlenie, chociaż DJ-ka zdecydowanie w złym miejscu. Widać z niej tylko niewielki parkiet; nie widać co się dzieje w pozostałej części lokalu, ile jest ludzi… Do “prawdziwego” klubu trochę mu brakuje. Początek 20:00, koniec lekko po 3:00. Muzyka różna. Było fajnie (:
Tej nocy grałem w Taboo imprezę firmową Play’a. Kazali mi grać “hity”, tylko pytanie co dla kogo jest hitem? Do końca imprezy tego nie rozgryzłem, bo ludzie prawie w ogóle nie tańczyli… Próbowałem wszystkiego a efekt był marny lub żaden. Ciężki target bo ludzie w wieku 20-45 lat. Ciężko o muzykę, która będzie pasowała każdemu z tego przedziału. Generalnie ludzie wyglądali na zadowolonych, ale woleli sobie potupać nogą niż wyjść na parkiet. W końcu firmówki nie muszą (i często nie są) imprezami na których się dużo tańczy. Ważne, żeby atmosfera była dobra. Godzinę przed końcem puściłem funky-house i to odniosło najlepszy efekt :-).
Później skoczyłem do Opium i zagrałem chwilę na końcówce połowinek bodajże jakiś 2 wydziałów Politechniki… Skończyło się przed 3:00.
W ten weekend nic ciekawego. W sobotę razem z kumplem zajęliśmy się obsługą nagłośnienie na spotkaniu członków jakiejś spółdzielni mieszkaniowej. Blisko, szybko i… tanio.
Domówka na Tarchominie. Przeokropne zadupie, ale chyba było warto :-)